fbpx
Aktualności

Warto, abyście wspierali również inne fundacje

WSTECZ

Siadłam dziś z kawą Inką z mlekiem, oparłam głowę o stół i chwilę bawiłam się trzema kartkami papieru. Obok był ich prawdziwy stos. Czasem są rzeczy, za które nie chcemy się zabrać i nie mamy do tego energii, to była właśnie taka rzecz. Wiele osób nam ten przekaz wysłało, jakiś list jednej z organizacji, która próbowała zniechęcić Darczyńców do wspierania naszych zwierzaków i prosiła o przekazanie funduszy, podając swoje konto bankowe na końcu listu. Nie będę wnikać tu w treść. Pomyślałam, że mi byłoby wstyd coś takiego wysłać do ludzi i mieszać ich w sympatie i antypatie między ludźmi w środowisku organizacji pozarządowych, ale po chwili przyszła refleksja, że każdy z nas miewa słabsze chwile i nikt święty nie jest. Ja również. Ani mój Centaurus. Bo jesteśmy tylko ludźmi. Błądzimy, robimy gafy, czasem spać nie możemy, tak namieszamy. A jednak takie sytuacje nas uzdrawiają, budujemy się na kryzysach, na refleksjach. Więc gdybym tak napisała, byłaby to pycha i ego.

Ale do rzeczy. Ten tekst nie będzie o fundacji, która wysłała informację na nasz temat. Ani o żadnej innej fundacji. Bo to tylko manifestacja tego, co dzieje się wkoło. A fundacje to są ludzie, ani lepsi, ani gorsi niż wszyscy inni, których znasz. To tacy sami ludzie jak w polityce, jakich znałeś w szkole, jakich spotykasz w sklepie. Ktoś sprzedaje pączki, ktoś produkuje odkurzacze, a ktoś inny prowadzi fundację. Ale to ta sama glina. Niezależnie od rasy, koloru skóry, narodowości i kultury są ludzie, którzy robią lepsze i gorsze rzeczy. Ale my, w Centaurusie, no i prywatnie, wierzymy, że ludzie są z gruntu dobrzy. Nie, to nie znaczy wcale, że są idealni i bezbłędni. To znaczy, że rdzennie chcą dobrze. Gdybyśmy nie wierzyli w tę dobroć, to Centaurusa by nie było.

Kiedy 15 lat temu założyłam fundację, nie znaczyliśmy wiele. Ale to dobra lekcja pokory. Na dzień dobry policję wysłała mi fundacja ratująca konie, którą wspierałam, będąc jeszcze w szkole. Byliśmy teraz po sąsiedzku. Przeżyłam szok. No jak to? Policjant był co dwa dni. W końcu powiedział, kto robi donosy. A to, że konie bijemy maczugami z ogniem, a to, że leżą dwa martwe konie przed gankiem albo stos innych rzeczy, które musi sprawdzić, nawet jeśli są niewiarygodne. Wierzcie lub nie, ale mu wtedy nie uwierzyłam. Miałam to szczęście, że chociaż moje dzieciństwo należało do czasów post PRL i wiele się działo, to w ślad za moimi rodzicami wierzyłam, że ludzie są dobrzy. To nie pasowało do mojego świata. Aż pewnego dnia dostałam telefon z tej samej fundacji, że mam oddać konie i wszystkie pieniądze na rzecz tej fundacji, bo tylko ta fundacja ma prawo mieć konie, a na mnie leży już teczka w prokuraturze i zostanę zamknięta na 25 lat za niekochanie koni. To już było oszołomienie. Trafiłam na pogotowie, gdzie, czekając kilka godzin w kolejce, żeby usłyszeć, że nie mam jednak zawału serca, doszłam do wniosku, że nie chcę mieć fundacji. Po co mi to. Przez głowę przepływały mi wtedy różne myśli. Byłam rozczarowana, wściekła, zbuntowana, gdzieś tam chciałam kogoś udusić, a za chwilę oddać wszystko i wrócić na studia, do mojego życia. Mijały lata, różnie się to układało. Z czasem zrozumiałam, że ludzie w fundacjach to są zwyczajni ludzie, którzy mają swoje troski, mają swoje piękne i mniej piękne strony. Ci ludzie miewają różne emocje, czasem się gubią, czasem odnajdują. Działaliśmy zawsze sami, konsensus nie był naszą mocną stroną, ale zawsze pomagaliśmy innym, nieważne, co o nas mówili. Bo czuliśmy, że to lepsze niż obrzucać się błotem. Po latach zrozumiałam, że kobieta z tej fundacji, która wysyłała mi policję, była przerażona — bo nagle pod jej nosem zarejestrowała się nowa organizacja, która zaczyna działać, i również ma zwierzęta na utrzymaniu. Zapewne bała się o sponsorów, o byt tego, co ona sama stworzyła. Potraktowała mnie z jakiegoś powodu jak konkurencję. Kiedy zaczęło do mnie docierać, że to nie było wymierzone we mnie, tylko wynikało z lęku, wszystkie złe emocje mi opadły. I uwierzcie mi, nic tak nie odstresowuje, jak świadomość, że ludzie nie są źli, że wewnątrz są całkiem fajni, ale zwyczajnie mają swoje demony, swoje doświadczenia, swoje sympatie i antypatie. I nagle zamiast złości poczułam empatię. I nie tyle, że to pomogło tej fundacji. To pomogło mnie.

Nie będę analizować tego listu, jak już wspomniałam. Nie widzę w tym celu. Było mi trochę przykro, ale w zasadzie to koniec odczuć, jakie miałam. Ludzie u nas przeczytali, bo przesłałam działaczom, gdyby ktoś gdzieś pytał, o co chodzi. Na tym temat listu się skończył, staram się nie angażować moich działaczy w takie tematy, bo to nie jest zbyt inspirujące. A że energia idzie za naszą uwagą — listy wylądowały w koszu i wróciliśmy do swoich zajęć.

Wielokrotnie spotykaliśmy się z typowym hejtem i w sieci, i realu. O ile czyta się to lekko, o tyle pamiętam wizytę w sklepie po jogurt, gdy stały za mną dwie młode dziewczyny. Kiedy płaciłam 5 zł za dwa jogurty, padło kilka głośnych komentarzy, że Pani Prezes mogłaby dać te 5 zł na biedne konie, zamiast kupować sobie jogurt. Dodam, dla wyjaśnienia, że wtedy jeszcze nie byłam weganką, i — o zgrozo — jogurty były mleczne, bo to był 2007 rok. Prawdziwą weganką zostałam dopiero w 2011 roku, gdzie odstawiłam nabiał i zyskałam uznanie jako ta kochająca zwierzęta w pełni — wcześniej to nie było do końca jasne w środowisku, bo środowisko wegan jest bardzo specyficzne. Dlatego też nie nazywam siebie weganką, po prostu mam kuchnię roślinną w domu i na wyjściu, a nie chcę należeć ani do wegan, ani niewegan.

Przez 15 lat czytaliśmy o sobie chyba wszystko. Zaczynając od tego, że za fundacyjne pieniądze zbudowaliśmy posiadłość nad Bałtykiem, czyli pałac z basenami (była też na tapecie Grecja i Hiszpania, i Meksyk, ale ostatecznie stanęło wśród internautów, że jednak jest marnie, bo to tylko nasz polski Bałtyk…) przez to, że sami sprzedajemy konie na ubój (a Szczedrzykowice nie istnieją, zdjęcia z Dni Otwartych są sfingowane i nawet telewizja, która u nas wielokrotnie była, ochoczo robi notorycznie fotomontaże), mamy flotę mercedesów i własne lotnisko, ja mieszkam w Dubaju, kończąc na typowych kwestiach, czyli biciu zwierząt (np. wspomnianymi już wyżej maczugami z ogniem) i parówkach w lodówce w naszych domach. Rozmieniano się nawet na drobne, były hasła kto jak się ubiera, kto powinien iść do fryzjera a kto zrzucić 5 kg. Niczego nie zabrakło. Kiedy ustalono, że jednak są Szczedrzykowice, bo ktoś poprosił o akt notarialny, to wcale nie uciszyło tematu — zaczęło się pisanie, że mamy tam luksusy, bo jest internet. I nawet ktoś wrzucił zdjęcia komputera, jakiś jeden z naszych gości, których oprowadzaliśmy. Wielokrotnie w mojej głowie pojawiał się pomysł, żeby to wszystko rzucić. Bo tak się nie da funkcjonować, kiedy człowiek się tym przejmuje. Bo pomagać jest fajnie. To daje kopa do życia. To życie, w którym masz misję. Chciałam wrócić na studia, objechać świat, zawsze chciałam pisać książki i być fotografem. Zamiast tego musiałam się tłumaczyć przyjaciołom, że buty na moich nogach kupiłam prywatnie, bo w sieci czytali co innego. I jeszcze dopytywali, czy na pewno skóra jest eko. Wielu z nas nie wytrzymało. Nieliczni, ale jednak straciłam kilku wspaniałych działaczy, gdyż zwyczajnie przerosło to ich układ nerwowy. Mnie zawsze pomagała wiara, że wszystko jest po coś. I tak naprawdę nieważne, co Ci robią, bo do Ciebie należy, jak na to reagujesz. Świadomość, że ludzie robią to wszystko ze strachu, nudów i zazdrości sprawiała, że wypełniał mnie spokój. Bo to uczucia nieobce również mi. Tak, czasem czuję to wszystko. Ostatnio zazdrościłam koleżance, że w weekend znalazła czas, żeby wyjechać z dzieckiem, nie zabierając telefonu. Bałam się też Dni Otwartych, czy Wam się spodobają. Nudzić się akurat lubię, ale rzadko mam okazję. Dlatego nauczyliśmy się patrzeć na hejt inaczej. I pomagać innym, nawet jeśli z ich strony leciały wióry w naszą stronę. Trochę lat temu wzięliśmy na utrzymanie 20 koni warszawskiej fundacji ratującej konie, która przeżywała kryzys. Trzymaliśmy je przez rok. To ogromne koszta. Chwilę potem opublikowano wywiad, gdzie ta dana organizacja bardzo negatywnie się o nas wyrażała. Ale już nie byłam w szoku. Przeczytałam, poszłam robić swoje, nie zrobiło to już na mnie wrażenia. Tak bywa. Potem wzięliśmy na utrzymanie dwa wychudzone konie, które porzuciła inna spora organizacja interwencyjna zbierająca miliony. Mamy je do dziś. Nikt się nigdy po nie nie zgłosił. Jedynie słano na nas donosy, musieliśmy przejść kilka kontroli. Nikt u nas nawet o tym nie rozmawiał, szkoda było czasu. Niedawno pomogliśmy fundacji spod Krakowa, wzięliśmy na utrzymanie praktycznie wszystkie ich konie, a sporo tego było, to kilka tysięcy miesięcznie. Mogliśmy, to pomogliśmy i konie też z nami zostały. Jakiś czas temu wsparliśmy też w kryzysie tę organizację, która wysyłała mi policję na podwórze. Odgrażali się, że odeślą pieniądze, bo od nas nie chcą. Nigdy nie odesłali. My tego nie analizowaliśmy. Robiliśmy dalej swoje. Co Wam jeszcze napiszę!
Jest taka piękna przypowieść o mnichu i skorpionie…

Dwóch mnichów myło w rzece swoje miski.
W pewnej chwili zauważyli topiącego się skorpiona
— jeden z mnichów natychmiast wyłowił go z wody i postawił na brzegu, został jednak ukąszony.
Mnich powrócił do mycia miski, a skorpion ponownie wpadł to rzeki.
Mnich znów go wyłowił i ponownie został ukąszony.
Drugi mnich spytał go:
— Dlaczego wciąż ratujesz tego skorpiona, przecież wiesz, iż naturą skorpiona jest kąsać?
Usłyszał odpowiedź:
— Ja ratuję, ponieważ to jest wpisane w moją naturę.

I tak to jest. Czasem coś Was irytuje, czasem coś jest nie tak, jakbyście chcieli, czasem macie ochotę kogoś udusić. Albo gorzej… ale jeśli poszukacie głęboko w sobie, to zobaczycie, że dajecie się sprowokować do zrobienia czegoś, przez co nie będziecie mogli spojrzeć w lustro. Pamiętam, jak w przedszkolu ukradłam gumę do żucia, bo się zakochałam w koledze, który bardzo chciał gumę. Nie spałam potem wiele nocy i pamiętam to do dziś. Czasem robimy rzeczy, których nie zrobilibyśmy, gdyby nie inni. Właśnie dlatego my nie reagujemy. I nie zareagujemy na ten tekst, który wielu mogło w różnych miejscach przeczytać. Nie dlatego, że nie mamy co napisać. Dlatego, że to nie ma sensu. A ludzie się zmieniają. I trzymamy kciuki za te zmiany.

To też była nasza lekcja. Nasz wieloletni działacz, Krzysiek, prowadził wiele lat rekreację konną i zarabiał na koniach i turystach. Gdy poznał Centaurusa, porzucił wszystko, co robił, oddał nam swoją stajnię w Wojnowie (gdzie wielu z Was było nas odwiedzić) i dał dach nad głową. Gdy odszedł nagle z tego świata w 2014 roku, już mocno staliśmy na nogach. Ale wtedy nas uratował i będziemy mu za dozgonnie wdzięczni. I choć dla wielu był człowiekiem od turystów palących 3 paczki papierosów dziennie, dla nas był aniołem, którego życie zmienił Centaurus. A on zmienił nasze.

Nigdy u nas nie przeczytacie, że nasze zwierzęta umrą, jeśli nie pomożecie kupić siana. Jesteśmy dorośli. Wzięliśmy je na utrzymanie i to nasza odpowiedzialność, aby stanąć na głowie i to utrzymanie im zapewnić. Nigdy nie apelowaliśmy o siano, twierdząc, że mamy go na kilka dni. Chyba zapadłabym się pod ziemię. Nie, siana mamy zawsze na miesiąc czy dwa. Zależy od finansów. Poza pisaniem do Was prowadzimy intensywne działania. Miesięcznie musimy pozyskać ogromne kwoty, aby to wszystko funkcjonowało. Kiedyś przyszedł do nas ktoś, kto miał nam pomóc pozyskiwać fundusze na utrzymanie zwierząt i różne edukacyjne projekty. Kiedy okazało się, że my nie mamy żadnego biznesplanu, ów człowiek zrezygnował, bo powiedział, że to nierealne zbierać z sukcesem fundusze na to wszystko. A jednak. Mogą mówić, co chcą, ja wierzę, że „góra” wspiera wszystko, co robimy, choć nie ma to nic wspólnego z żadną religią. Wierzę, że ktoś tam na górze chce, aby to wszystko szło. I biznesplan nie jest przy tym w ogóle potrzebny. Zresztą… ostatnio przeczytałam piękny cytat, że kiedy mamy „górę” ze sobą plus my — to jesteśmy większością. Więc cóż może być dla nas niemożliwe?
Jeden jedyny raz, gdy poprosiliśmy Was o pomoc i baliśmy się, że upadniemy, to było, gdy wszedł COVID. Nigdy wcześniej i nigdy później. Okazaliście nam niesamowite wsparcie. Nie tylko materialne, ale przede wszystkim psychiczne. To jeden z tych okresów, które dodają skrzydeł na długi czas.

Na koniec chciałam napisać, że warto, abyście wspierali inne fundacje również. Każda fundacja, moim zdaniem, robi coś ważnego. Szczególnie warto pomagać tym lokalnym, niewielkim. I nie zawsze chodzi o pieniądze. Uwierzcie mi, czasem jeden ciepły telefon wyrażający wsparcie i zrozumienie dla takich ludzi znaczy więcej niż wszystkie miliony tego świata. Bo są rzeczy, których za pieniądze się nie kupi.

I pomijam tu jednak zwierzęta. Bo wiele razy pisałam, że zwierzęta są tylko powodem, powodem byśmy my, ludzie, rozwijali się jako gatunek, abyśmy mieli więcej zrozumienia i empatii, abyśmy mogli więcej czuć, a mniej kalkulować. Abyśmy nauczyli się braku oceny i bezwarunkowej miłości. Dzięki takim listom, jak ostatni, my jako Centaurus rozwijamy się i idziemy do przodu. Dlatego jesteśmy wdzięczni tej organizacji. Bo czasem trzeba się zatrzymać i spojrzeć na siebie krytycznie, czy może jednak się pogubiliśmy, czy może jednak trochę robimy inaczej niż byśmy chcieli i trudniej spojrzeć nam w lustro, czy może można się bardziej postarać, a gdzieś zamiast miłości kieruje nami coś innego? To te momenty, kiedy rośniemy i się rozwijamy. Są bezcenne. Można spojrzeć na siebie z dystansem. Odsunąć własne ego. Trochę się z siebie pośmiać. Czasem warto. Czasem ci, którzy rzekomo nas krzywdzą, najbardziej zmieniają nasze życie na lepsze.

Zapraszam Was na Dni Otwarte, 25/26 września – więcej TUTAJ. Będzie ciepło, serdecznie, będzie wspaniale. Czekamy na Was na Zwierzęcym Folwarku, Szczedrzykowice 10. Jesteśmy otwarci od 10.00. Możemy po Was też wyjechać na stację. Dzwońcie, pytajcie, przybywajcie

 

Do zobaczenia!

Ewa Mastyk
Prezes Fundacji Centaurus

Darowizna na Folwark

Czekają na Twój gest!

ApeleObecnie ratowaneSamica
14 września 2021

Muszka i Mania (czas do 10 października)

Komuś kto ma niewiele, ale tak naprawdę niewiele - wydawałoby się, ze już nic nie można zabrać. Jednak Mania i jej córeczka Muszka patrzą dziś w obiektyw i błagają Cię,…
CZYTAJ DALEJ
Koń BudyńApeleObecnie ratowaneSamiec
14 września 2021

Budyń (czas do 24 września)

Budyń może na to nie wygląda, ale miał być koniem za milion dolarów. No i w sumie by był. Bo czemu nie. Gdyby nie kulawizna, guzy i dosyć nerwowy charakter.…
CZYTAJ DALEJ
ApeleDo adopcji wirtualnejObecnie ratowaneSamica
13 września 2021

Zuzanna i niewidoma Zola

Po raz kolejny przychodzimy do Was ze wspaniałymi wieściami! Raz jeszcze zatrzymaliście transport do rzeźni. Przed Zuzanną i jej niewidomą córeczką Zolą stoi teraz życie pozbawione cierpienia, strachu i “daty…
CZYTAJ DALEJ
ApeleObecnie ratowaneSamica
13 września 2021

Mgiełka i Maciek (czas do 20 października)

Mgiełka jest po trasie, gdy wracamy kilkaset kilometrów, niewiele dalej od Kreski. Jej synek, Maciek, jest bardziej kontaktowy niż ona, jakby nie czuł strachu przed człowiekiem. Podchodzi, wręcz wchodzi nam w…
CZYTAJ DALEJ

Dziękują za Twoją pomoc

ApeleDo adopcji wirtualnejObecnie ratowaneSamica
13 września 2021

Zuzanna i niewidoma Zola

Po raz kolejny przychodzimy do Was ze wspaniałymi wieściami! Raz jeszcze zatrzymaliście transport do rzeźni. Przed Zuzanną i jej niewidomą córeczką Zolą stoi teraz życie pozbawione cierpienia, strachu i “daty…
CZYTAJ DALEJ
ApeleDo adopcji wirtualnejObecnie ratowaneSamica
7 września 2021

Bagietka i Biedronka

Kochani, Brakuje nam słów, jak bardzo jesteśmy wzruszeni! Czasu było niewiele, zaledwie kilka dni, by ocalić Bagietkę i jej małą córeczkę. Nie odwróciliście jednak wzroku, nie pozostaliście obojętni. Wasza mobilizacja…
CZYTAJ DALEJ
ApeleDo adopcji wirtualnejObecnie ratowaneSamiec
2 września 2021

Gapcio

Drodzy, znowu to zrobiliśmy! Dzięki Waszej pomocy ocaliliśmy kolejne życie! Gapcio jest już bezpieczny. Teraz czeka go kwarantanna, diagnostyka weterynaryjna i wizyta kowala. Później będzie mógł już radośnie biegać po…
CZYTAJ DALEJ
Do adopcji wirtualnejSamiec
31 sierpnia 2021

Buba

Dziękujemy za ocalenie Buby! Po raz kolejny dokonaliście niemal niemożliwego! Mimo przerażająco krótkiego terminu, Bubę udało się ocalić. Ośliczka jest już u nas – i chyba trochę nie dowierza w…
CZYTAJ DALEJ

Przekaż Darowiznę

Wpisz dowolną kwotę darowizny na rzecz Fundacji Centaurus.

10 zł

Pomoże pokryć jeden posiłek dziennie dla konia pod naszą opieką.

50 zł

Pomoże pokryć koszty utrzymania i wyżywienia naszych podopiecznych
w folwarku.

100 zł

Pomoże zapłacić za awaryjną opiekę weterynaryjną dla chorego lub zranionego zwierzęcia domowego.

W razie pytań skontaktuj się z nami pod numerem +48 518 569 487

Zobacz zasady ochrony danych osobowych CZYTAJ

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close