EKO KLUB
PayPal Wybierz kwotę darowizny:
20 zł
50 zł
100 zł



Siwy - po tamtej stronie tęczy

Wiele razy mijałam ten wybieg na tyłach folwarku. Zawsze szybko, zawsze poświęcałam tylko tyle uwagi, aby zdążyć dojrzeć co trzeba, ale te kilka sekund poświęcić każdemu z prawie 400  koni. Bywało, że z sentymentem spoglądałam na starych Przyjaciół. A z największym na siwego Księcia. W ich oczach było zapisane wszystko, co razem przeszliśmy, miejsca, które widzieliśmy i wydarzenia, które tworzyły historię fundacji.

Ale nie pozwalałam sobie w takich chwilach na rozklejanie się. Pracy zbyt wiele, ludzi zbyt mało, dziecko w nosidełku też nie  nastrajało do stania zbyt długo w jednym miejscu. Ciągle mówiłam sobie zresztą, że mam czas. Tyle czasu... Przecież kiedy nadejdzie wiosna, będę miała więcej możliwości na szukanie funduszy po firmach, zatrudnię więcej ludzi, poświecę czas tym koniom, do których tak bardzo się przywiązałam i znam od tak dawna, wezmę te staruszki na spacer, przeczeszę grzywę, popatrzę w te wielkie czarne oczy, powspominamy miejsca i wydarzenia, które przeminęły, a potem ludzi, których już nie ma. Zaś oczy Siwego były dla mnie jak pełnometrażowy film, który opowiadał naszą historię prawie od zarania. Uwielbiałam w nie spoglądać, w tą rozwianą białą grzywę, obserwować jak dumnie kroczył po naszym folwarcznym błocie, wreszcie wolny. Ciągle jednak byłam pewna, że mam czas, że jutro, pojutrze, za miesiąc pójdziemy na spacer...


A jednak, teraz kiedy przez łzy zaciskam dłoń na grzywie Siwego i głaszczę po coraz chłodniejszym karku to wiem, że to właśnie jego mi zabrakło - czasu. Nieme, czarne oczy wpatrzone w przestrzeń, piękne białe rzęsy i ta grzywa. Odcinam kawałek scyzorykiem, wtulam się raz jeszcze. Zaraz go stąd zabiorą, ale tym razem nic się nie liczy, teraz już się nie spieszę. Zostanę z nim, aż po niego przyjdą i pójdę z nim ostatni raz na spacer. Odprowadzę, żeby nie był teraz sam. Zrobię to, na co nie miałam ciągle czasu...

 

Siwy był naszą legendą. Wielu kojarzyło nas tylko z nim. Pamiętam, jak przeniosłam się pod Zieloną Górę kilka lat temu, do stajni naszego Krzysztofa. Odwiedził nas Pan Tomek, znajomy hodowca, dla Krzysztofa jak ojciec. Opowiedział nam o siwym ogierze, który przymiera głodem i od wielu lat stoi na łańcuchu w malutkiej komórce. Gospodarz kupił ogiera wiele lat wcześniej na aukcji ogierów w Białym Borze. Zapłacił prawdziwą fortunę. Miał firmę leśną, bardzo dobrze prosperował, a Książę był jego chlubą. Był ostatnim koniem z linii olimpijskiej po koniu Dobroń. Nie znam się na hodowli, ale o Dobroniu słyszałam jeszcze potem tyle razy, ile razy  wypływał temat Siwego. Gospodarz zarabiał na kryciu klaczy, sam miał własną hodowlę, Siwy miał piękne wybiegi, aż po sam las.

 

Jak to w życiu bywa, raz jest dobrze, a raz gorzej. Gospodarstwo zbankrutowało niedługo potem. Właściciele sprzedali większość koni. Kupili świnie i krowy. Potrzebne były pomieszczenia. Wtedy Siwy trafił na łańcuch. Nie miał tam nawet okna, w zasadzie nie mógł się nawet obrócić. Nadal był chlubą, choć tylko w legendach. Wstyd było go pokazać. Schudł. Kowala nie widywał. Więc nie widywał też wybiegu, żeby sąsiedzi nie plotkowali.

 

Gospodarz nie chciał konia sprzedać, choć hodowcy dawali mu potężne kwoty. Obawiał się, że ktoś zrobi na Siwym interes - a jeśli nie on, to nikt. Związek Hodowców Koni wielokrotnie wysyłał kolejnych chętnych, na wiele sposobów próbowano Siwka ratować. Po jakimś czasie, kiedy warunki na gospodarstwie jeszcze bardziej się pogorszyły, w ogóle przestano kogokolwiek wpuszczać. Nikt od miesięcy nie wiedział, czy Książę w ogóle żyje...

 

Jak już pisałam, żaden ze mnie hodowca. Nie znam się ani na sporcie ani na genetyce. I bardzo się z tego cieszę. Imię „Dobroń” usłyszałam wtedy po raz pierwszy. Postanowiłam, za namowami Pana Tomasza, że spróbujemy sprawdzić warunki w jakich żyje koń i reszta zwierząt. O wyciągnięciu Siwka z tej matni nawet wtedy nie marzyłam. Liczyłam, że gospodarz nie wyczuje w nas interesantów. Przyjechaliśmy starym samochodem, wzięłam koleżankę z córką. Rzekomo Siwek miał być dla dziewczynki. Konia pokazano nam od razu. Z trudem ukrywałam łzy. Wtedy takie rzeczy były mi obce. Widziałam piękne, sportowe stajnie, hale na zawody, zdobione boksy, murowane żłoby pełne końskich łakoci. A tu, w ukryciu, stał koń z żebrami na wierzchu, łańcuchem wrzynającym się w szyję, pływający we własnych odchodach, bez okna, ale co mnie najbardziej uderzyło to, żeby wejść do tej komórki koń musiał wskakiwać prawie metr w górę, przez ciasną „dziurę”. Bo od czasu do czasu wyciągany był do krycia dwóch klaczy. Przy nas koń wyskoczył, trochę na oślep. Miał zamknięte oczy, tak raziło go światło dzienne. Biegał wkoło jak na bateriach. Na nic nie reagował. Było to pomieszani paniki z resztkami woli życia. Nie mogłam uwierzyć, że nie można nic dla niego zrobić.

 

Ku memu zdziwieniu rozmowa na temat jego sprzedaży trwała jedynie chwilę. Gospodarz nie wyczuł w nas konkurencji, ale dwie zafascynowane amazonki, które będą chwalić się koniem w lokalnym klubie, wozić dzieci i wrzucać zdjęcia w internet. Nie mieliśmy pieniędzy, toteż znajoma nabyła Siwka na siebie. Obiecałam, że całą kwotę oddamy. Zabraliśmy Siwka, szliśmy wiele kilometrów lasami i polami. Nie starczyło nam na żaden transport.

 

Los Księcia były od tej pory w naszych rękach. Jako ogier był zawsze puszczany osobno. Wspominaliśmy między sobą o kastracji, ale ze względu na fakt, że wiele lat krył i miał szerokie nasieniowody - niosło to spore ryzyko. Ponadto dopiero wtedy dowiedzieliśmy się, co to znaczy koński biznes. Zaczął się prawdziwy handel. Chwilę po tym, jak Siwy został przez nas doprowadzony do ładu i opublikowaliśmy radośnie jego zdjęcia na wybiegu, zaczęli się zjeżdżać „miłośnicy” zwierząt. Byli wśród nich hodowcy, sportowcy, handlarze. Wszyscy odwiedzali nasze skromne progi z butelkami z wódką, bombonierkami, pękatymi kopertami. To była metoda na marchewkę. Była też wersja na kija. Ci najczęściej dzwonili i straszyli, że jeśli nie sprzedamy im konia, krucho z nami będzie, naślą na nas telewizję, urzędy, albo związki hodowców (wszak nie wypada, aby „taki” okaz stał w naszej marnej stodole).

 

Dziś uśmiecham się na wspomnienie tych manipulacji, ale wtedy do śniadania wypijałam litr melisy, a do kolacji dwa litry. I zastanawiałam się, co ja tu robię. Straszenie to nie był mój świat. Jednego z hodowców zapamiętałam do dziś. Właśnie kupiliśmy siano, niosłam kilka kostek na wybieg. Pod płot podjechał bus z przyczepą do przewozu koni. Zza kierownicy wyskoczył potężny,  rudy mężczyzna. Przywitał się, obszedł samochód, wyładował jakiegoś izabelowatego konia i po prostu wszedł z nim na podwórze. Zanim zdążyłam coś powiedzieć, z auta wysiadł drugi i wyjaśnił, że wraz z pracownikiem przyjechał po swojego Siwka, ale na pocieszenie zostawia mi swoją klacz hodowlaną. Po czym Panowie weszli do stodoły, zwyczajnie zapięli uwiąz do kantara na siwym łbie, i wyszli ze „swoim” koniem. Byłam w takim szoku, że aż do tego momentu nie odezwałam się ani słowem.

 

 

Dopiero wtedy zorientowałam się, co się dzieje. Pierwszy raz podczas całej mojej bytności w Wojnowie (i ostatni zresztą...) doceniłam sąsiedztwo sklepu monopolowego, pod którym siedzieli wszyscy lokalni gospodarze i dyskutowali całe dnie przy paru głębszych. To oni przyszli z pomocą, Pan wraz ze swoją klaczą szybko opuścił teren. Niemniej tego dnia postanowiłam, że Siwka trzeba wstawić do jakiegoś hotelu, gdzie nikt nie będzie go szukał.

 

Kolejne pół roku Siwy stacjonował pod Wrocławiem. Był anonimowym koniem, a hotel który go przyjął to było parę długich obór, rozległe łąki i wysokie ogrodzenia. Był bezpieczny, z daleka od świata, który tak bardzo pożądał jego genów. Miał dla siebie wybiegi i własną, potężną biegalnię. Był szczęśliwy. Po kilku miesiącach jednak wieści o nim dotarły ponownie do hodowców. Zaczęli  wizytować stajnie pod Wrocławiem. Nie mogłam pojąć w czym rzecz - koń jakich miliony. Choć dla nas wyjątkowy, bo jeden z pierwszych. Ale przecież cennych ogierów nie brakuje. Siwy wrócił więc do Wojnowa, zrobiliśmy osobne wejście,  wyremontowaliśmy mu jego własną biegalnię. Chodziłam z nim na spacery po Wojnowskich lasach, żeby miał więcej ruchu.


Czasem całe dnie. Okrążaliśmy jezioro, albo odwiedzaliśmy kilka wsi dalej Pana Tomasza, który na chwilę udostępniał nam łąkę i razem obserwowaliśmy jak Książę szaleje po rozległym terenie. Ile razy na niego wtedy zerkałam, widziałam ogrom cierpienia, jakiego doznał, ale też ogrom wybaczenia i zapomnienia jakie ofiarował. Czasem wstawałam przed świtem, aby Siwy mógł się wybiegać na padoku, nim inne konie wyjdą na całodzienne padokowanie. Kiedy mijaliśmy stajnię, Siwy tęsknym wzorkiem obrzucał inne konie. Zawsze odizolowany, zawsze samotny. Coraz częściej myśleliśmy jednak nad podjęciem ryzyka kastracji. Kiedy przeniosłam się do naszej filii do Warszawy w 2011 roku, zabrałam Księcia ze sobą. Bałam się, że stajnia w Wojnowie jest zbyt otwarta, nie ma osobnego wybiegu, szło lato i tłumy chętnych kupców, jak co roku, przerzucałyby się przez stajnię. Tu, koło Tarczyna, na Świętochowie, Siwy miał osobny wybieg i potężny boks. Nie miała czasu na spacery, koni było prawie 200, ale widziałam, że na swoim wybiegu jest szczęśliwy. Na spacery miał przyjść czas później, kiedyś. A dokładnie wtedy, kiedy będę miała czas. Zdecydowałam się też na kastrację. Wezwałam weterynarza aż z Wrocławia - chciałam mieć zaufaną osobę. Ponownie usłyszałam, po badaniu, o dużym ryzyku. Powiedziałam, że przemyślę temat.

 

Mijały dni, patrzyłam na Księcia przy śniadaniu i  kolacji, na jego wybiegu, kiedy szalał. Zawsze i ciągle sam. Oczyma wyobraźni widziałam jak wpada między konie, igra z nimi, bawi się. Wiele razy pytałam, czy chce z nami podjąć ryzyko. Ale on milczał. Aż pewnego dnia ponownie pogłaskałam go po rano chrapach, odwróciłam się po wiadro z owsem i zanim ponownie złapałam za drzwi, poczułam na ramieniu taki zacisk, że łzy  napłynęły mi do oczu w jednej sekundzie. Potem było potężne szarpnięcie, miałam wrażenie, że ktoś wyrwał mi bark i upadłam na posadzkę w stajni. Z ramienia lała się krew, było całe fioletowe. Nie czułam ręki. Bardziej jednak przeraziło mnie coś innego. Pierwszy raz zobaczyłam w oczach Księcia agresję i żal, i ogromne połacie tęsknoty. Poczułam ukłucie - jak mogłam nie widzieć, że on nie chce tak żyć? Jak mogłam pytać go co rano czy podejmujemy ryzyko? Przecież to było oczywiste... on, w głębi duszy, ogromnie cierpiał. Przecież koń to zwierzę stadne. Izolacja jest dla niego ogromnym cierpieniem. Więc jeśli Książę miałby nawet odejść na stole operacyjnym, to na pewno warto podjąć ryzyko. Bo od życia w samotności wolał zapewne śmierć.

 

Pamiętam ten dzień, kiedy odebraliśmy go z kliniki. Był nieco chudszy, ale to normalne po kastracji. Ręce trzęsły mi się na  kierownicy, kiedy go wiozłam do naszej stajni pod Warszawą. Byłam bardziej przejęta niż na maturze. Kilka dni oswajaliśmy go przez płot, aż nadszedł ten poranek, kiedy Książę stanął u progu padoku. Zebraliśmy się wszyscy. Nikt się nie odzywał. Miałam wrażenie, że nie tylko ja duszę w sobie łzy wzruszenia. Powolnym krokiem, nonszalancko, wbiegł między konie. Potem mniej nonszalancko wytarzał się w błocie, każdy centymetr. A potem rzucił się do gonienia wałachów. Klacze szybko wyczuły kto tu jest prawdziwym gentelman’em i po paru dniach Siwek miał już swój własny harem. Zaczął nowe życie. Wiedziałam, że już nigdy nie będzie sam.

 

Minęło kilka miesięcy. Przyjechali jacyś hodowcy, bo słyszeli, że biega u nas ogier po słynnym Dobroniu. Zaprzeczyłam. Uparli się, aby zobaczyć konie na padoku. Pokazałam. Obawiałam się, czy nie poznają Księcia. Przecież widzieli jego zdjęcia. Dopiero stojąc wraz z nimi i obserwując stado paruset koni zrozumiałam, że nie ma już Księcia. Jest nasz Siwek. Nie zostało nic z dawnego ogiera, z potężnego karku, rozbudowanej sylwetki. Po padoku chodził siwy, nieprzykuwający najmniejszej uwagi Siwek. Tylko serce było to samo. I te czarne jak węgiel oczy okraszone białymi rzęsami.

 

 

Nigdy więcej nie byliśmy na spacerze. Przez wiele kolejnych lat obiecywałam sobie, że znajdę czas. Chyba bardziej dla mnie, i dla wspomnień, niż dla Siwka. On był najszczęśliwszym koniem na świecie przebywając w swoim stadzie. Nawet się ustatkował,  zakochał, mieszkał w podwójnym boksie z gniadą elegantką. Coraz rzadziej do niego zaglądałam, czasem już nie pamiętałam jak wyglądają te wielkie, ciemne oczy. Byłam zajęta koordynowaniem projektów, szukaniem funduszy po firmach, wypełnianiem papierów.

 

Tamtego dnia był u nas nasz weterynarz, Krzysztof Kmiecik. Robiliśmy RTG koniom, zmienialiśmy dawkowanie leków koniom z astmą. Podczas ostatniego badania podszedł do mnie Rusłan, jeden z pracowników. Miał poważną minę, ale byłam zbyt zajęta, aby to zauważyć. Dlatego nie odwróciłam się, kiedy zaczął mówić specyficznym tonem, trochę przerywając, niejasnym dla mnie językiem ukraińskim. I nagle, kiedy pochylałam się nad aparatura do RTG, doleciały do mnie jakieś urywki „szefowa, koń nie żyje, tam na końcu stajni”. Obróciłam się. Nie wiedziałam jeszcze czemu, ale poczułam, że miękną mi nogi, a świat robi się niewyraźny.


Bałam się zapytać, który koń i gdzie dokładnie stoi. „Za Bożeną szefowa stał”... Z ostatnim pytaniem czekałam tak długo jak mogłam, sekundy dłużyły mi się jak godziny. Czułam, jak wszystko wiruje. Czułam, że to zbędne pytanie, ale łudziłam się, że dopóki go nie zadam, to to wszystko wcale się nie dzieje. Wiedziałam i bez tego zapytania. Od paru minut czułam, że czegoś w mojej duszy brakuje. W końcu cicho wyartykułowałam jedno słowo łudząc się, że nie dosłyszę odpowiedzi, albo usłyszę, że to był ponury żart. „Siwy...?”


Dalej niczego nie pamiętam. Najpierw biegłam do stajni, potem chyba szłam. Widziałam wiele koni, które odeszły, wiele z nich przeprowadziłam na drugą stronę tuląc im głowy na kolanach. Ale tego nie chciałam widzieć. Jednocześnie jednak czułam, że muszę. Podeszłam, najwolniej jak mogłam, do podwójnego boksu. Siwy leżał, jakby spał, ale nogi miał podwinięte pod siebie. To był taki ból, że nawet nie czułam łez. Nic nie czułam. Czułam tylko, że muszę go przytulić, odprowadzić.

 

Przytuliłam się mocno, był taki ciepły, chociaż serce już nie biło. Przed oczami przeleciało mi wszystko od samego początku, Siwy w komórce na łańcuchu, nasz wielokilometrowy spacer z tej matni, w której żył. Potem poranki, kiedy nas witał głośnym rżeniem, sposób w jaki jadł owies i  rozrzucał go po całym boksie, jego potężny siwy kark, dzień kiedy próbował przeskoczyć ogrodzenie i runął razem z betonowym płotem, a potem uciekał wiedząc, że nabroił. Pamiętałam tą agresję w oczach kiedy mnie ugryzł, a potem nieopisaną radość, kiedy wybiegł na padok, do swego stada. Teraz jego potężne ciało robiło się coraz chłodniejsze. Zamknęłam mu oczy. Odcięłam strzęp  grzywy i schowałam do kieszeni kurtki. Kiedy przyszli po niego, poszliśmy dalej razem. Zawsze, na każdym spacerze, aby zobaczyć jego ciemne oczy, spoglądałam w górę. Teraz patrzyłam w dół. Ale pierwszy raz szliśmy powoli. Już nigdzie nam się nie spieszyło.

 

Już teraz wiem, że nigdy więcej nie powiem sobie „mam czas, jutro”. Bo nie znamy dnia, ani godziny. I na wiele rzeczy jest czasem za późno.


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Autor: Ewa Mastyk

 

 

ZAMÓW
NASZ NEWSLETTER

Bądź na bieżąco z tym, co się dzieje w świecie zwierząt, przyrody i ekologii. Zapisz się do naszego newslettera!

WYSZUKIWARKA

Czekają na Twój gest!
Halny
Halny
Halny. Zwykły, gniady wałach. Przestraszony wzrok. Ciało naznaczone licznymi bliznami (...)
więcej
WESPRZYJ
Misia
Misia
O koniach jak Misia mówi się, że mają z 700 lat. Misię kupiliśmy w 2009 roku. (...)
więcej
WESPRZYJ
Derki dla staruszków
Derki dla staruszków
Ciepła derka na spracowany grzbiet Kochany Święty Mikołaju! Wiem, że nie (...)
więcej
WESPRZYJ
Iza
Iza
"Nikt nie jest za stary na marzenia. Tak jak marzenia nigdy się nie (...)
więcej
WESPRZYJ
Marysia
Marysia
"Największym grzechem wobec innych istot nie jest nienawiść tylko obojętność w (...)
więcej
WESPRZYJ
Okruszek
Okruszek
Okruszek. Posezonowiec. Skończyło się lato, skończyła się praca i zarobek, więc (...)
więcej
WESPRZYJ
WSZYSTKIE APELE

Fundacja Centaurus
ul. Wałbrzyska nr 6-8
52-314 Wrocław

kontakt@centaurus.org.pl
tel. 518 569 487 lub 518 569 488
PKO BP 15 1020 5226 0000 6002 0220 0350

Swift/Bic: BPKOPLPW
IBAN: PL15102052260000600202200350
Dla wpłat zza granicy i wpłat stałych (Raiffeisen Bank):
PL36 1750 1064 0000 0000 2257 6747 (wpłaty w PLN)
PL17 1750 1064 0000 0000 2257 6798 (wpłaty w EUR)
Jeśli chcesz zostać szybko poinformowany o wyniku akcji - podaj w tytule wpłaty dodatkowo swój nr telefonu. Zadzwonimy lub otrzymasz sms!
Dołącz do nas!

Tylko 1zł dziennie
Wspieram!


Zobacz zasady ochrony danych osobowych Zamknij powiadomienie