EKO KLUB
PayPal Wybierz kwotę darowizny:
20 zł
50 zł
100 zł



Krzysiu i Kuba

Kiedy dziś ktoś przyjeżdża do Wojnowa, widzi piękne, zadbane konie, mnóstwo słomy i siana, dawki owsa do woli, doskonale wyposażoną salę apteczną i piękne, ogrodzone wybiegi dla koni zacienione drzewami. Konie są okrąglutkie i zadbane, niczego im nie brakuje. Weterynarze załamują ręce - że przesadzamy, że tym koniom jest za dobrze. Pośród tych koni biega z widłami uśmiechnięty Krzysiek. Dzierżawi nam za grosze stodołę, ale przy koniach pracuje nieodpłatnie, dorabia na budowie i przy drobnych remontach.

Ale nie zawsze tak było. Kiedyś brakowało nam na wszystko - sytuacja nas przerastała. Przeprowadziliśmy się z Wrocławia właśnie do Wojnowa. Dlaczego? W wyniku zbiegu różnych znajomości i okoliczności do Wrocławia przyjechał Krzysiek - nasłuchał się opowiadań, że w zamian za pracę na rzecz fundacji otrzyma 3 tyś zł pensji, mieszkanie na miejscu i opiekę dla swoich koni. Będzie także prowadził rekreację i będzie miał z tego dodatkowy zarobek.

Kiedy przyjechał - zobaczył, że opowieści jego kolegi o tym edenie były fikcyjne. Na miejscu w pięknej stajni były same stare i chore konie. Mieszkanie było w starym warsztacie - do zrobienia, bo wtedy mieszkaniem nie było. Zamiast prowadzić rekreacje miał oporządzać konie, wyrzucać obornik i pilnować ośrodka. Nie za 3tys zł, ale za uśmiech, mieszkanie w warsztacie i wyżywienie. Dla człowieka, który całe życie prowadził szkółkę jazdy konnej, gdzie konie były od tego aby zarabiać i gdzie nigdy owsa nie brakowało - był to szok.


Jak sam mówił - nigdy nie wiedział, że takie konie i takie miejsca w ogóle istnieją. Został jednak z nami tamtej jesieni. On, jego mały łaciaty Kubuś i jego wielki kasztanowaty Belenus. Jak mówi do dziś, ten wyjazd zmienił jego życie i spojrzenie na konie. Wtedy stary i chory koń nie był dla niego nic wart - nie kiwnąłby palcem.

Przez te 3 lata to właśnie on był jednak najbardziej zagorzałym rycerzem w walce o nasze stare, chore i kalekie konie - bo zmieniły jego życie o 180 stopni. To on je reanimuje nocami, kiedy same nie są w stanie oddychać, podnosi po 20 razy na dobę, kiedy nogi odmawiają już posłuszeństwa, on je karmi i on z nimi rozmawia, a kiedy ma chwilę wolnego - siada pod lipą na przeciwko padoku i patrzy. To on krzyczał na kucyka Bianco, kiedy ten miał zapaść, i walczył o jego życie. To właśnie Krzysiek walczył o życie Karego, 36 letniego dziadka, biegając po całym Wrocławiu za autem z hakiem, żeby podnieść staruszka - dał mu tym jeszcze pół roku życia. To Krzysiek nocami robił sanki dla dzieci ze starej zjeżdżalni - a potem organizował okolicznym dzieciakom z wrocławskiego trójkąta kuligi z Kubusiem na śniegu. To Krzysiek pierwszy chwycił za kosę, którą sam zrobił - i kiedy we Wrocławiu nie było na siano, nauczył nas kosić trawy i powozić Kubusiem. To Krzysia boją się wszyscy adopcyjni i handlarze - on nie patrzy nigdy na wrażenie jakie robi, patrzy wyłącznie na konia i jego zdrowie oraz dobro. Kiedy my staramy się być dyplomatyczni, Krzysiek zostawia dyplomację daleko i wymaga, choćby kosztem roboty przy kolejnym, zwróconym lub odebranym koniu. To Krzysia pokochały chłopaki z OHP, których wszystkiego w stajni nauczył - potrafił być nauczycielem i kumplem przy zabawach. W końcu to Krzysiu zdjął siodła koniom, kiedy wolontariusze chcieli jeździć - w trosce o ich kręgosłupy. A przecież całe życie niewiele go to obchodziło, bo końskie kręgosłupy na niego zarabiały. Przestał nawet jeździć konno - choć kiedy przyjechał do nas, całe dnie spędzał w siodle, zajeżdżał młode konie i naprawiał znarowione. I to było wszystko, co miał. To, i małego, łaciatego Kubę.


Nieduży łaciaty konik, z którym przyjechał aż do Wrocławia. Kuba był kultowym koniem. Krzysiek kupił go 13 lat temu do rekreacji. Trudno mu się dogadywało z ludźmi - więc dogadywał się z Kubą. Jadł z nim i spał w jego boksie, kiedy było zimno, a nie było na opał - nakrywali się razem kocem i tak spali w boksie. Razem pracowali w lesie, aby zarobić na chleb. A latem oprowadzali dzieciaki. Kubę znało i kochało całe Wojnowo.



Wszyscy wiedzieli, że dla Krzyska Kuba był święty - był częścią jego życia. Wszystkim, co miał. Kiedy Krzysiek miał wypadek z piłą i groziło mu trwałe kalectwo - to właśnie Kuba pomagał mu na nowo chodzić, podpierał, rżał co rano, że trzeba wstać i żyć dalej.

Kiedy przyjechaliśmy do Wojnowa, byliśmy finansowo wyczerpani. I finansowo, i psychicznie. Parę dni temu jeszcze kosiliśmy trawę na wałach odrzańskich, bo nie było na siano. Żebraliśmy o każdy worek owsa. Ludzie byli dobrzy, pomagali. Udostępniali łąki, piekarnie przywoziły chleb a warzywniaki marchew. Mieliśmy zamknąć fundację tamtej wiosny. Nie było perspektyw, w fundacji była jedynie Ewa i Krzysiek na stałe - reszta pomagało dorywczo. Byliśmy wszędzie zadłużeni, nikt już nie chciał dawać paszy.

Do tego wszystkiego pojawiła się klacz - ktoś zadzwonił, błagał o pomoc. Poszliśmy piechotą 5 km - poznaliśmy Klarę. Stała na łańcuchu, w komórce, kiwała się, patrzyła w ścianę. Chuda, z poranioną szyją. Nie mieliśmy na kupno.

Siedzieliśmy tamtego dnia pod lipą. Mieliśmy dzwonić do prawnika, zamknąć wszystko. Konie oddać do zaprzyjaźnionych fundacji, a te najbardziej chore dwa zostawić u nas. Ale zaczęliśmy liczyć… ten chory, ale tamten też. Ten kaleki. Tamten stary, nie widzi. Komu my je oddamy? Przecież wzięliśmy za nie pełną odpowiedzialność. Założenie fundacji nie było kaprysem - ale przemyślaną decyzją. Mieliśmy mętlik w głowach. Krzysiek wyjął telefon. Odszedł na chwilę. Zadzwonił gdzieś. Potem poszedł gdzieś na padok, wziął Kubę na linkę i poszedł z nim do lasu.

Wrócił dopiero po zmroku. Siedział z Kubą w stajni całą noc. Rano podjechała bookmana. Wszyscy pamiętamy to jakby się wydarzyło wczoraj. Wysiadł z niej facet, dał Krzyśkowi kopertę i wziął Kubusia na linkę. Krzysiek cały się trząsł, nikt z nas nie wiedział co się dzieje… w drzwiach stajni stała gromada dzieciaków. Chyba one pierwsze zrozumiały - Krzysiek sprzedał Kubę! Zaczęły się histerie i wrzaski, płacz. W końcu one wszystkie znały Kubę od wielu lat. Kuba był zawsze, jak stała tu ta stajnia. Kuba nie był ot ukochanym koniem - był całym życiem człowieka, który nigdy nic nie miał. Krzysiek szybko zatrzasnął klapę przyczepy, dał Ewie kopertę do reki i po prostu poszedł. Nie było go dwa dni.


Powiedział tylko, że mamy kupić tę klacz na łańcuchu, a za resztę mamy kupić słomę i siano..

Przez 2 lata temat Kuby pojawiał się rzadko. Od czasu do czasu tylko, kiedy widział łaciatego konia, leciały mu łzy, ale odwracał wtedy głowę. Myśleliśmy, że to minie, ale nie mijało. Każdy nowy koń w stajni nazywał się Kuba. Mówiliśmy, aby wybrał sobie jakiegoś konika w adopcję - przecież miewamy piękne konie. I czasami próbował z jakimś się dogadać - był Tajfun z chorą nóżką, był znarowiony, ale piękny Mefi. Był siwy Książę. Ale żadne z tych koni nie mógł zamknąć w jego sercu pamięci o Kubie. Zawsze kiedy jechała do nas niebieska przyczepa - widzieliśmy ten pełen nadziei wzrok, że wysiądzie z niej Kuba. Ale przyczepy odjeżdżały, a Kuby nie było.



Pisaliśmy maile do ludzi, którzy kupili Kubusia - nie poszedł w obce ręce. Miał swoją Kanadę pod Wrocławiem, niedaleko miejsca, gdzie wszystko się zaczęło. Krzysiek wiedział, że będzie miał tam cudowne życie, jakiego on nigdy nie był w stanie mu zapewnić. Piękną stajnię i doskonałe pasze. I nic nie będzie musiał robić.

Jakiś czas temu wysłaliśmy do nowych opiekunów Kuby maila - że gdyby kiedykolwiek chcieli go sprzedać, odkupimy go. Ale byliśmy pewni, ze nigdy - Ci ludzie zakochali się w Kubie jeszcze we Wrocławiu. Ale Krzysiek wtedy tylko się uśmiechał - bo Kubę chciał kupić każdy, kto miał dziecko. Przez 13 lat nigdy nie był na sprzedaż, choćby na kromkę chleba mu brakowało, koń zostawał i miał wszystko. Nawet jeśli Krzysiek miał chodzić głodny, Kuba zawsze miał owies w żłobie.
Dziś w stajni jest 20 koni, które mają tu swój raj - pasza do woli, najlepsze siano specjalnie dla nich sprowadzone z daleka. Zrobiony jest nowy dach i piękne boksy. Kuba tego nie doczekał.

Naszym największym marzeniem było odkupić Kubę. Marzeniem nas wszystkich. I oddać go Krzyśkowi w adopcję. Mieliśmy ogromne poczucie winy, że przez fundację, która miała pomóc finansowo stanąć mu na nogi - sprzedał swojego Przyjaciela. Gdyby nie my, nasza fundacja, Kuba byłby z nim teraz. Ale on wybrał chore konie, wybrał chudą Klarę, na którą brakowało pieniędzy. Wybrał niewidomą Kabałkę i ochwaconego Dyzia. Chudą Bajkę z ropomaciczem.


Historia przyjaźni Kuby i Krzyśka poruszyła wiele serc.

Koń wrócił tam, gdzie przeżył większość swojego życia - do Wojnowa

Zdjęcia

ZAMÓW
NASZ NEWSLETTER

Bądź na bieżąco z tym, co się dzieje w świecie zwierząt, przyrody i ekologii. Zapisz się do naszego newslettera!

WYSZUKIWARKA

Czekają na Twój gest!
Waleria
Waleria
Waleria ma 20 lat. Ma też ropiejące rany na nogach - to gruda brodawczakowata. (...)
więcej
WESPRZYJ
Maniek
Maniek
Handlarz uchyla stare drzwi niewielkiej obórki, w powietrze wzbija się stado much. (...)
więcej
WESPRZYJ
Wiesiek
Wiesiek
Wiesiek. Tak po wiejsku. W zasadzie kiedyś co drugi koń był Wieśkiem albo Baśką - (...)
więcej
WESPRZYJ
Malina
Malina
Każdego dnia docierają do nas informacje o zwierzętach, nad którymi znęcali się (...)
więcej
WESPRZYJ
17 osiołków
17 osiołków
17 razy śmierć. 17 razy życie. Pierwsza śmierć będzie za nic. Za to, że się (...)
więcej
WESPRZYJ
Cypis
Cypis
Małego Cypisa znaleźliśmy tam, gdzie trafiają niechciane, zaniedbane, chore konie. U (...)
więcej
WESPRZYJ
WSZYSTKIE APELE

Fundacja Centaurus
ul. Wałbrzyska nr 6-8
52-314 Wrocław

kontakt@centaurus.org.pl
tel. 518 569 487 lub 518 569 488
PKO BP 15 1020 5226 0000 6002 0220 0350

Swift/Bic: BPKOPLPW
IBAN: PL15102052260000600202200350
Dla wpłat zza granicy i wpłat stałych (Raiffeisen Bank):
PL36 1750 1064 0000 0000 2257 6747 (wpłaty w PLN)
PL17 1750 1064 0000 0000 2257 6798 (wpłaty w EUR)
Jeśli chcesz zostać szybko poinformowany o wyniku akcji - podaj w tytule wpłaty dodatkowo swój nr telefonu. Zadzwonimy lub otrzymasz sms!
Dołącz do nas!

Tylko 1zł dziennie
Wspieram!


Zobacz zasady ochrony danych osobowych Zamknij powiadomienie