EKO KLUB
PayPal Wybierz kwotę darowizny:
20 zł
50 zł
100 zł



Dzieje Sorbony

OPOWIEŚCI CENTAURUSA

Autor: Ewa Mastyk

Jechałam trochę kilometrów poza Wrocław, okolica była dziewicza. Budowały się nowe, przepiękne domy z rozległymi, tajemniczymi ogrodami. Do dziś pamiętam tylko jeden stary budynek z czerwonej cegły, przypominał fragment miniaturowego pałacyku, a obrośnięty był gęstym, dzikim bluszczem.
To był chyba początek wiosny, w głowie mam zapach i smak budzącej się przyrody. Bo to wszystko przecież pachnie i smakuje.


Gdzie Cappuccino smakuje najlepiej


Wjechałam na elegancką posesję. Ku mnie wyszedł starszy, elegancki Pan ze skroniami przyprószonymi siwizną. Twarz mu promieniała dobrocią, ale i powagą. Przywodził mi na myśl starszych Panów z innej epoki. Maniery, styl poruszania się, gestykulacja, nawet sposób mówienia. Pan Stanisław był architektem, jak się potem okazało. Zaprosił mnie i koleżankę na cappuccino, które trzymał na zdobionej półeczce nad stolikiem. Piłam wiele cappuccino, ale tamto miało w sobie jakąś magię. Podawane w malutkiej filiżance, na eleganckim tkanym obrusie, smakowało jak najlepsze ambrozje i prawie przenosiło nas w czasie. Nawet jeśli było zakupione
w supermarkecie na wylocie z miasta.

Właśnie przy tym cappuccino Pan Stanisław opowiedział nam historię swojej ukochanej Sorbony i reszty koni uratowanych przed rzeźnią. Był człowiekiem samotnym, całe życie podróżował, a kiedy nadeszła starość - okazało się, że jest z tą swoją starością zupełnie sam. Do towarzystwa miał więc swoje cztery rumaki, którym dobudował stajnię, którymi opiekował się od rana do nocy, dla których wstawał co rano. Wiele razy słyszałam, jak Pan Stasiu opowiadał koniom, gdzie spędził dzień, co go ucieszyło, a co zasmuciło. Zawsze karmił je przy tym marchewkami posiekanymi w cienkie talarki, po kolei każdy koń dostawał po jednym talarku, zaś same talarki były wyliczone - musiało być po równo, aby żaden z koni nie odczuł deficytu miłości i troski.


Ocalona po raz drugi


Sorbona została wykupiona przez Pana Stanisława przed rzeźnią kilka lat wcześniej. Żyła sobie w stadzie i cieszyła jego zmysły. Całe dnie spędzała na trawie, czasem radośnie brykała po łące, czasem wylegiwała się pod drzewami. Była jednym z tych koni, którym życie dało drugą szansę.

Tej zimy jednak kara Sorbona miała wypadek, wpadła w poślizg na lodzie i przewróciła się. Z każdym dniem miała coraz większy problem z poruszaniem się, w ogóle nie obciążała przedniej nogi. Pan Stanisław zaś robił coraz mniej projektów, toteż pieniędzy powoli starczało na bardzo podstawową opiekę. Weterynarza wezwał dopiero widząc, że klacz czuje się coraz gorzej, a stan jej nogi wcale się nie zmienia.


Okazało się, że noga była wielokrotnie złamana, konieczne było drogie śrubowanie kości, na co pan Stanisław nie mógł sobie pozwolić. Koszt takiej operacji wraz z pobytem w klinice był ogromny, sięgał kwoty około 12 000 zł.

Kiedy Pan Stasiu wymawiał słowo „eutanazja”, trzęsły mu się ręce, a zmęczone, ciemne oczy zachodziły łzami. Ocierał je, dopijał wtedy cappuccino i opowiadał znowu o swojej miłości do koni.
Nasz weterynarz, Krzysztof Kmiecik, miał klacz uśpić lada dzień. Nie było humanitarnym trzymanie jej w tym stanie i przedłużanie cierpienia wobec braku perspektyw.


Siedziałam wpatrzona w stare obrazy, schludnie uporządkowane, malutkie pomieszczenie kuchenne, w którym czuło się tyle miłości do życia, ludzi i taki ogrom tęsknoty za czymś, czego ten człowiek nigdy nie doświadczył.
Potem mój wzrok przenosił się na postać Pana Stasia stojącego w oknie, przeczesującego ręką siwe włosy - dla niepoznaki - ocierającego kolejne łzy. Wpatrywał się w rozległe horyzonty, zielone bezkresne pastwiska, które rozpościerały się tuż za oknem. Nie za bardzo wiedziałam, jak mogę pomóc. Nie miałam 12 000 zł, nie miałam nawet czego sprzedać lub to, co miałam, pokryłoby ułamek tej potężnej kwoty. Ale czułam wtedy, że po coś tu trafiłam i na pewno nie po to, aby opić tego starszego, eleganckiego Pana z ostatnich opakowań cappuccino. Zapytałam, czy przekaże mi Sorbonę. Mi, bo wówczas jeszcze nie miałam fundacji ani żadnych planów z jej założeniem związanych.
Obiecałam, że zoperuję klacz i zapłacę za wszystko.


Allegro - bo ma moc!


Spojrzenie, którym obrzucił mnie wtedy przy stole Pan Stasiu, było jedną z najcenniejszych w moim życiu rzeczy, jakie otrzymałam. Poczułam, jak to jest mieć moc spełniania największych pragnień. Moc, która wynika tylko z serca - bo niczego poza sercem i współczuciem tak naprawdę wtedy nie posiadałam. Następnego dnia był już transport. Sorbona pojechała na operację do Katowic.
Ja zaś usiadłam w głębokim fotelu w domu i rozpoczęłam pracę z wyobraźnią - skąd ja mam teraz wziąć kilkanaście tysięcy?


U Pana Stasia bywałam co dwa dni, czasem codziennie. Wraz z koleżanką chciałyśmy go wspierać, do cappuccino przywoziłyśmy domowe ciasta, całe godziny spędzałyśmy na wysłuchiwaniu opowieści z młodości, z przebytych podróży albo pomagałyśmy w porządkach. Pewnego dnia siedziałam przy komputerze, obserwując oferty na serwisie aukcyjnym, szukałam witamindla koni. I wtedy mnie tknęło. Właśnie tu zbiorę niezbędną kwotę! Przecież ludzie chętnie pomogą. Każdy, kto poznałby Pana Stasia, zrobi wszystko, aby ocalić Sorbonę. Bo tak wielkiej miłości zaprzepaścić nie wolno.


Wszystko pod młotek


I poszły aukcje. Sprzedawałam wszystko, co w domu znalazłam. Szczegółowo na portalu opisałam historię Sorbony. Za zgodą rodziców sprzedałam całą domową bibliotekę, pamiątkową i bardzo cenną kolekcję dziadkowych znaczków, a na końcu nawet komunijną biżuterię, którą dostałam od Babci.


Nigdy nie lubiłam złota, miało dla mnie znaczenie sentymentalne, ale przecież miałam setki wspaniałych zdjęć z Babcią i Dziadkiem. Obydwoje również kochali zwierzęta i gorąco wierzyłam, że patrzą teraz z góry i cieszą się, że na coś się te ich prezenty przydały, a nie leżą zapomniane w szafie, czekając na specjalne okazje. To była właśnie najbardziej specjalna okazja.


Nigdy nie pomyślałam, aby podpisać jakikolwiek dokument na przekazanie mi Sorbony.
Słowo Pana Stanisława było dla mnie wystarczające. Nie mogłam wtedy wiedzieć, że miłość tego starszego człowieka do swego konia jest tak silna, że nie cofnie się przed niczym.

Minęło kilka tygodni. Ludzie chętnie kupowali wszystko, bardzo angażowali się w sprawę, dzwonili, pytali, czekali na wieści. Ja na bieżąco płaciłam w klinice za pobyt i leczenie. I ciągle odwiedzałam Pana Stasia, bo był moment, w którym stał mi się bliższy niż wielu moich ówczesnych przyjaciół. Bo był człowiekiem o pięknej duszy i wielkim sercu.
I czuło się to nawet w sposobie, w jaki podawał kawałek ciasta czy zalewał kawę w malej, białej filiżance. Wszystko co robił, każdy ruch - były pełne powagi, szacunku i pasji. Zachwycał się małymi rzeczami, które inni omijali obojętnie, w pędzie. Jakże mogłam mu nie ufać...


Centaurus!


Pamiętam, jak w pewien słoneczny dzień, jak zwykle, siedzieliśmy razem przy stole. Powiedziałam Panu Stasiowi, że chyba muszę się zarejestrować, że nie nie mam już czego sprzedawać, a zbieranie pieniędzy na prywatne konto bankowe będzie raczej nielegalne i nie będzie wiarygodne.


Pan Stasiu usiadł zamyślony, chwilę kontemplował, po czym powiedział, że taka piękna, szczytna działalność musi mieć godną siebie nazwę. Chwilę coś szkicował, milczał, po czym pełen powagi powiedział:
„Połączenie człowieka i konia,
moje drogie dziecko. Centaurus.”


I tak właśnie powstaliśmy, tamtego dnia. Poczułam wtedy, że to jest właśnie to, że choć jeszcze nie ma Centaurusa, to będzie pisał swą historię od teraz przez wiele, wiele lat i ocali wiele takich koni jak Sorbona.


Powroty i odwroty


Pamiętam telefon z kliniki z wiadomością, że Sorbona jest do zabrania. Lekarze poinformowali również, że trzeba teraz troskliwie ją rehabilitować pod okiem weterynarza lub trenera, lub osoby, która ma o tym pojęcie. Zadzwoniłam pełna entuzjazmu do pana Stasia, że nadszedł wielki dzień, że jego ukochana klacz wraca. I że na razie będzie stacjonowała w Chwalimierzu, pod Wrocławiem,
bo mój znajomy zajmie się jej pełnym powrotem do zdrowia. A zaraz potem wróci w swe progi, do Pana Stanisława.


Nigdy nie przypuszczałam, że tu właśnie skończy się nasza wspólna bajka. A zacznie wielka wojna.


Pan Stanisław nagle zmienił ton głosu w słuchawce na bardzo surowy i oschły. Powiało chłodem, wręcz mrozem. Twardym, nieznoszącym sprzeciwu tonem, z nutą paniki, zażądał ode mnie natychmiastowego zwrotu konia. W pierwszym odruchu zaniemówiłam, straciłam grunt pod nogami. Jak mam się teraz zachować, odłożyć słuchawkę? Może wykręciłam niewłaściwy numer? W jednej sekundzie przypomniałam sobie smak cappuccino, dzień, w którym zobaczyłam te siwe skronie przyprószone siwizną, kulawą, bezradną Sorbonę za ogrodzeniem. Nie rozumiałam, o co chodzi. Musiało upłynąć wiele miesięcy, zanim do mnie dotarło, że nic nie jest czarno białe.


Od przyjaciela do wroga


I zaczęła się bezsensowna wojna. Klinika wydała oświadczenie, że brak odpowiedniej rehabilitacji tuż po operacji to powrót do opcji eutanazji. Weterynarze zgodnie oświadczyli na policji (bo Pan Stanisław skierował sprawę do organów ścigania), że Pan Stanisław wyraźnie przy nich przekazał prawo własności do konia, a także powiedzieli o zagrożeniu, jakie wynika z braku opieki pooperacyjnej i o fakcie, że koń był narażony na cierpienie, bo Pan Stanisław nie poddawał go leczeniu. Wszyscy wkoło wyciągali broń dużego kalibru, każdy interpretował fakty na swoją korzyść. Nasz prawnik Daniel, którego poznałam w międzyczasie, poradził, aby zatrzymać konia jako dowód w sprawie oraz sugerował aby w zależności od sytuacji albo walczyć o konia albo żądać od właściciela zwrotu wydatków powiększonych o należne odsetki, które poniosłam w celu odpowiedniego utrzymania Sorbony. Przekazaliśmy więc klacz do jeszcze innej stajni, aby nie była ani u nas, ani u Pana Stanisława. Dnie spędzałam na komisariatach albo u prawników, a wieczorami zastanawiałam się, co się w ogóle wydarzyło, że do tego doszło? Czy coś zaniedbałam? Przecież od początku zamierzałam konia zwrócić i nigdy nie poddawałam tego w wątpliwość.


Nie miałabym nawet co z tą klaczą zrobić - nie posiadałam ani stajni, ani nawet ogrodu, a wszystkie moje oszczędności wydałam na opłacenie części operacji dla Sorbony. Decydujące miały być zeznania mojej znajomej, która wraz ze mną odwiedzała Pana Stanisława, choć nie rozumiałam,


dlaczego były wiarygodniejsze niż zeznania poważnych, niezależnych weterynarzy. Niestety, jak to w życiu bywa, o ile z początku znajoma miała mi towarzyszyć w rozwoju Centaurusa, o tyle z biegiem czasu straciłyśmy nić porozumienia na poziomie finansowym. Kiedy pojawił się Darczyńca na samochód terenowy do wożenia koni oraz na przyczepę, oraz na mieszkanie służbowe ze niewielką stajnią, znajoma uznała, że weźmie to w przydziale, bo nie chce jeździć pociągiem. Nie
rozumiałam, przecież samochód miał ciągać konie, a nie wozić nasze szanowne osoby bez potrzeby. Za mieszkanie i stajnię w ogóle podziękowałam, nie były nam wtedy potrzebne, a kogoś narażałoby to na koszta. Kiedy więc odmówiłam, nasze drogi zaczęły się w tempie zawrotnym rozchodzić.


Znajoma miała żal, że fundacja nie chce wspierać jej prywatnie, a ja czułam niesmak na samą myśl, że miałyśmy razem współpracować. W końcu nie po to sprzedałam babciną biżuterię, aby teraz tankować służbowe auto, bo pociągi są głośne, niewygodne i mało eleganckie. To były dwa ciosy za jednym razem, ale - mając za sobą mnóstwo wspaniałych osób - rejestrowałam fundację dalej. Gdzieś w środku czułam, że sytuacja z Panem Stasiem ma mi coś pokazać, bo nigdy nie p rzestałam uważać go za wspaniałego człowieka. Choć nie wiedziałam do końca, po co to wszystko i miałam żal do losu, że na dzień dobry rzuca pod nogi takie kłody.


Oczywiście koleżanka nie zeznała na korzyść Centaurusa. Sorbona po 3-miesięcznej rehabilitacji wróciła do Pana Stanisława.
Ja czułam się bardzo niekomfortowo wobec osób, które coś kupiły na aukcjach i wsparły Sorbonę - przecież nie mogłam obiecać, że wszystko będzie dobrze, bo nie miałam już nad tym kontroli.


Ostatnie spotkanie

Po raz ostatni spotkałam Pana Stanisława w niewielkim, dusznym pokoju w gmachu sądu.


Przesłuchiwano nas na okoliczność zniknięcia paszportu klaczy Sorbona. Minęło już wiele miesięcy, od kiedy pierwszy raz zobaczyłam klacz i Pana Stasia. Doszły mnie słuchy, że sprzedał swój domek wraz ze stajnią, a Sorbonę zostawił tam wraz z resztą koni nowym nabywcom, którzy mieli koni doglądać, chyba w ramach hotelu. Pan Stanisław bywał u koni raz na jakiś czas, a mieszkał niedaleko. Opuściły go siły, nie był w stanie sam się nimi zajmować.


Pamiętam, jak staliśmy na skrzyżowaniu ulic, pod sądem. Było szaro i ponuro, chyliło się ku zachodowi. Wszędzie pędziły gdzieś samochody, w powietrzu unosił się smog i wilgoć. Pan Stanisław stał przy skwerze, na przystanku autobusowym, szukał parasola. W końcu wyjął go i zaczął szarpać za sprzączkę, łzy lały się jak grochy. Podeszłam, pomogłam mu rozpiąć parasol.
Odsunęłam się, bo znowu wstydził się łez.


„Panie Stasiu, po co to wszystko było?” - zapytałam zdławionym, cichym głosem. On dalej patrzył na swój parasol, w końcu uniósł wzrok. Oczy miał mokre, czerwone, zmęczone. „Ja ją tak kochałem, dziecko, ja się tak bałem...”
Rozpiął parasol nad głową. Swoją pomarszczoną dłonią ścisnął mnie delikatnie za rękę, w końcu przytulił mocno. Trwało to kilka sekund. Ale to wystarczyło, abym zrozumiała wszystko, co chciał mi powiedzieć.


Potem odwrócił się i powolnym, chwiejnym krokiem odszedł. Jego zgarbiona, licha sylwetka znikała coraz bardziej, aż zupełnie straciłam go z oczu.
Nigdy więcej nie widziałam ani eleganckiego, starszego Pana architekta, ani Sorbony. Ale ile razy opowiadam tę historię, mówię każdemu, że byłoby wspaniale, gdyby każdy choć w połowie tak szaleńczo kochał swoje zwierzę.


Sorbona była początkiem.


Bo historia, którą zaczęła pisać, trwa do dziś. Chwilę po karej Sorbonie pojawiły się kolejne konie, Dworek w Chwalimierzu i poznałam Krzysztofa, który sprowadził nas do Wojnowa.

ZAMÓW
NASZ NEWSLETTER

Bądź na bieżąco z tym, co się dzieje w świecie zwierząt, przyrody i ekologii. Zapisz się do naszego newslettera!

WYSZUKIWARKA

Czekają na Twój gest!
Waleria
Waleria
Waleria ma 20 lat. Ma też ropiejące rany na nogach - to gruda brodawczakowata. (...)
więcej
WESPRZYJ
Maniek
Maniek
Handlarz uchyla stare drzwi niewielkiej obórki, w powietrze wzbija się stado much. (...)
więcej
WESPRZYJ
Wiesiek
Wiesiek
Wiesiek. Tak po wiejsku. W zasadzie kiedyś co drugi koń był Wieśkiem albo Baśką - (...)
więcej
WESPRZYJ
Malina
Malina
Każdego dnia docierają do nas informacje o zwierzętach, nad którymi znęcali się (...)
więcej
WESPRZYJ
17 osiołków
17 osiołków
17 razy śmierć. 17 razy życie. Pierwsza śmierć będzie za nic. Za to, że się (...)
więcej
WESPRZYJ
Cypis
Cypis
Małego Cypisa znaleźliśmy tam, gdzie trafiają niechciane, zaniedbane, chore konie. U (...)
więcej
WESPRZYJ
WSZYSTKIE APELE

Fundacja Centaurus
ul. Wałbrzyska nr 6-8
52-314 Wrocław

kontakt@centaurus.org.pl
tel. 518 569 487 lub 518 569 488
PKO BP 15 1020 5226 0000 6002 0220 0350

Swift/Bic: BPKOPLPW
IBAN: PL15102052260000600202200350
Dla wpłat zza granicy i wpłat stałych (Raiffeisen Bank):
PL36 1750 1064 0000 0000 2257 6747 (wpłaty w PLN)
PL17 1750 1064 0000 0000 2257 6798 (wpłaty w EUR)
Jeśli chcesz zostać szybko poinformowany o wyniku akcji - podaj w tytule wpłaty dodatkowo swój nr telefonu. Zadzwonimy lub otrzymasz sms!
Dołącz do nas!

Tylko 1zł dziennie
Wspieram!


Zobacz zasady ochrony danych osobowych Zamknij powiadomienie