Parę miesięcy temu zostaliśmy poproszeni o pomoc przez sąsiednią gminę oraz Związek Hodowców Koni w Lubuskiem, aby wesprzeć ich działania mające na celu wsparcie dla Pana Zygmunta, niegdyś świetnego hodowcy i znawcy koni rasy wielkopolskiej, a dziś 78 letniego staruszka. Pan Zygmunt mieszka samotnie i samotnie opiekuje sie stadkiem koni. Opiekuje na tyle co potrafi, wiec opieka ta mocno kuleje od wielu lat. LZHK udalo sie namowic jakis czas temu Pana Zygminta, aby sprzedal kilka koni, ale na tym stanelo. Konie nie maja biezacej wody, pojone sa raz na jakis czas ze starej beczki, do ktorej dziadek nosi wode widrami. Nieuzywane praktycznie pastiwsko ogrodzone jest rozwalajacymi sie żerdziami. Ale konie prawie nawet tego pastwiska nie widuja - Pan Z. twierdzi, ze one lubia spac - i to musza najczesciej robic, bo pozamykane w malych komorkach na kilkuletnim gnoju nie widza w ogole swiata. Konie sa zdziczale, Dlaczego nikt nie chce odebrac Panu Zygmuntowi owych koni ? Bo moze to typowo polskie. I tak by bylo najlatwiej. Ale te konie to cale zycie Pana Zygmunta. Zyje tylko dla nich. Nawet gmina przyznala, ze przeciez to tez "czlowiek".
Fundacja Centaurus postarala sie wiec pomoc, aby choc troche ulzyc temu staruszkowi. Zakupilismy wąż do wody i kilka poteżnych kast, ktore poustawialismy w "boksach". Kupilismy kilka par porządnych wideł i szpadli, grabie oraz inne sprzęty. Probowalismy tez połapać koniska, częśc sie udało, cześć niestety jeszcze nie. Pokupowalismy kantary i lonże. I co najważniejsze, z ogromna pomocą wychowanków Ochotniczego Hufca Pracy Wschowa (po raz kolejny, wczesniej OHP Wrzesnia!) wybralismy obornik (ponad 2 metrowy) z kilku pomieszczeń, co bylo nielada problemem, bo był ubity jak beton. Chłopaki jednak dzielnie sobie poradzili. Opłaciliśmy szczepienia i odrobaczenia koni (pasty podawane na tysiac sposobów, bo nie do kazdego koniska dało sie w ogóle podejść), był również kowal.
Pan Zygmunt z początku był wobec nas bardzo nieufny, ale na koniec doszło juz do propozycji matrymonialnych dla naszych działaczek. Ze względu na dobro wspólne i dbałosc o wzajemne relacje - zadna propozycji nie przyjęła ;-) Kilka cieplutkich obiadów uczyniło z nas juz najwiekszych przyjaciół, nie mówiąc o radości jaką staruszkowi przyniosły, bo pewnie rzadko jada cos ciepłego.
Oczywiscie było to działanie jednorazowe - mamy dziesiatki własnych koni pod opieka, przy ktorych musimy na stale pracowac, wiec tu moglismy pomoc tylko doraznie. Na pewno bedziemy do Pana Zygmnuta zagladac. I taka refleksja sie nasuwa na zakonczenie - rozejrzyjcie sie wkoło. Na pewno nie kazda akcja pomocy zwierzakom bedzie tak spektakularna jak te ktore wdzieliśmy w telewizji. Ale czesto tam, gdzie najmniej szumu - potrzebna jest ogromna pomoc najbardziej. I nie zawsze trzeba isc na latwizne i dzialac radykalnie - czasem wystarczy pomoc, troche sie wysilic. Bo prawdziwa bieda nie lubi kamer i swiatel, prawdziwa bieda sie czesto wstydzi.
|